Z Czarnogóry do Albanii wjeżdżam wąską gruntówką. Przejście graniczne w Muriqan to kilka małych kiosków, paru policjantów i ludzie w białych kitlach strzegący tego kraju przed świńską grypą. Niedługo wszystko się zmieni. Za płotem powstaje nowoczesne przejście gra- niczne z solidną infrastrukturą. Podróż przez rozległą dolinę pomiędzy Shkodrą a Tiraną jest niczym przeprawa przez gigantyczny plac budowy. Buduje się domy, drogi, sklepy, a w Durres nad brzegiem morza – także hotele i apartamentowce. Zadziwia skala inwestycji. Chociaż dziwią też autostrady, na których zamiast wiaduktów zbudowano ronda lub rumowiska zawalonych – bo byle jak budowanych hoteli w Sarande czy Ksamil. Często w trakcie przebudowy drogi nie wyznacza się objazdów, więc rozkopane jezdnie mogą pokonać wyłącznie ciężarówki i samochody terenowe. Warto wówczas przyglądać się Albańczykom, jaką obierają drogę i podążać za nimi, klucząc wśród zaułków i wąskich uliczek. Jadąc za nimi niezawodnie ominie się wszelkie ograniczenia w ruchu.
Pozorny chaosPowoli zbliżamy się do pierwszego ronda w Tiranie. Ruch jest powolny, ale płynny. Uważnie przyglądam się sposobowi jazdy. Oczywiście nikt nie stosuje się do nakazów znaków drogowych. Kierowcy wjeżdżają na rondo w dowolnym momencie. Jednak robią to delikatnie, mocno pomagając sobie klaksonem. Już po chwili wiem, że należy nie tylko obserwować i wsłuchiwać się w kolejne trąbnięcia, ale dawać też jasno do zrozumienia, że chcę przez to rondo przejechać. Można to uczynić tylko w jeden sposób: trzeba jechać! Ruszam delikatnie do przodu, oczywiście trąbiąc. Sygnał dźwiękowy w Albanii ma wiele znaczeń. Kierowca może w ten sposób dziękować, ostrzegać, pytać co robisz, lub sygnalizować: uwaga wyprzedzam! Może też najzwyczajniej pozdrowić. Nie znam jeszcze dokładnie tego dźwiękowego języka, ale cieszę się, że klakson w moim aucie jest silny i donośny. Przejeżdżam przez to rondo, potem kolejne i jeszcze następne. Bez kłopotów. W Albanii jest mało znaków drogowych, ale kierowcy doskonale sobie radzą z nasilającym się ruchem. Policja drogowa swoją częstą obecnością daje do zrozumienia: „w razie problemów jesteśmy”, ale z reguły nie ingeruje w ten samoporządkujący się organizm. I zapewne dlatego ruch toczy się wartko, bez większych problemów.
Własny biznesTankuję na nowej stacji na krańcu Vlore. Jest to pierwszy dzień pracy chłopaka obsługującego ten dystrybutor. Przez kilka chwil razem rozgryzamy system przycisków i gu- ziczków tego ultranowoczesnego urządzenia. Wreszcie paliwo popłynęło! W tej części Albanii stacje benzynowe stoją nieomal co 200 m. Nadal powstają następne. Coraz częściej z klimatyzowanymi sklepami, restauracjami i niewielkimi motelami. Zdaniem wielu Albańczyków własna stacja benzynowa lub restauracja są najlepszymi sposobami na dobry i pewny biznes. Zatem jednych i drugich nie brakuje. Podobnie jak niewielkich ręcznych myjni samochodowych. O auto trzeba dbać!
Tony spotkany w zabytkowym Beracie twierdzi jednak, że własny biznes w Albanii to głupota. Jego zdaniem wszędzie panuje korupcja, a politycy doprowadzają kraj do ruiny. Nie ma pracy, dlatego tak wielu Albańczyków musi praco- wać za granicą – przede wszystkim we Włoszech. Żali się, że jego ziomkowie są źle postrzegani na całym świecie i zupełnie nie rozumie dlaczego? A na koniec ze smutkiem stwierdza, że nawet nie może znaleźć dziewczyny, bo ma mało pieniędzy i nie ma nowego niemieckiego auta. Jednak Tony Berat zna doskonale i staje się moim przewodnikiem. Wędru- jemy razem po zaułkach starego miasta i twierdzy, a na koniec spaceru jemy wspólny obiad z obowiązkowym beftek vienez – jak twierdzi Tony tradycyjną potrawą z Beratu.